{sto dwadzieścia osiem}


Sławek przeszedł samego siebie - zadzwonił dziś rano z pytaniem, czy nie pojechałabym z nim i jego rodzicami wybrać jakieś łóżeczko dla dziecka. Umówiliśmy sie w najbliższą sobotę.
- A co robisz na Sylwestra? - rzucił na koniec rozmowy, niby od niechcenia.
- Nic, zostaję w domu. Nie chciałam iść z Kamilem. Poprosiłam, żeby poszedł sam... - odrzekłam zgodnie z prawdą.
- Rozumiem. Ja też nigdzie się nie wybieram... Pierwszy raz nie mam ochoty... Gabrysiu, a może chciałabyś przywitać Nowy Rok ze mną? - powiedział szybko.
- Myślę, że to nie jest dobry pomysł.
- Gabrysiu, jeszcze nie wszystko stracone! Kamil zrozumie, jeśli wrócisz do mnie! - prawie krzyknął.
- No, cześć Sławek. Ja też Ci życzę szczęśliwego Nowego Roku!
Odłożyłam słuchawkę.

Sławku, Sławku... Dlaczego to wszystko tak się potoczyło? Przecież nie tak miało być! Ale teraz jest już za późno. Za dużo osób musiałabym zranić...

poniedziałek, 31 grudnia 2007
12:41:58

(5) || Skomentuj.




{sto dwadzieścia siedem}


Nie mogę, nie mogę, nie mogę się doczekać. Piotrusiu, szybciej!

Małe, kochane "coś" w moim brzuchu wierzga nogami jak oszalałe. I kto pomyślałby, że to kochane "coś" przetrwało ze mną już dwadzieścia sześć tygodni?

niedziela, 30 grudnia 2007
14:36:32

(7) || Skomentuj.




{sto dwadzieścia sześć}


Dorota sprowadziła mnie na ziemię.

- Jesteś zabawna. Ty naprawdę wierzysz, że urodzenie dziecka cokolwiek naprawi i pomoże Ci wszystko poukładać? Pff. Teraz wszystko musisz zmieniać, potem nie dasz sobie z tym rady, bo maluch zajmie cały Twój czas. Później będziesz musiała rozwiązywać inne problemy, nie zdążysz wrócić do starych. Gaba, weź się w garść, proszę... Nie mogę patrzeć na to, jak popełniasz te same błędy co ja...

Ktoś od czasu do czasu musi powiedzieć mi kilka dosadnych słów. W innym wypadku nadal, niczym taran, będę spychała na bok wszystkie kłopoty, udając, że ich nie ma. Dorotka ma rację. Potem nie zdążę zawrócić.

I niby się cieszę, że za te 94 dni będę nareszcie mogła przytulić mojego synka... Ale z drugiej strony boję się, że nie dam rady. Nie ma już odwrotu. Muszę być silna... Przecież ja kocham mojego Piotrusia... Najbardziej na świecie.

sobota, 29 grudnia 2007
17:04:07

(12) || Skomentuj.




{sto dwadzieścia pięć}


Czasami bywa miło. Kamil przychodzi wtedy częściej, mama nie przypomina mi o niewypitych witaminach, Dorota się śmieje, a Emilka nie płacze. Tato w zasadzie zawsze jest uśmiechnięty. Na tym pięknym obrazku brakuje mi tylko Sławka lub choćby jakiegoś ledwo widocznego detalu, który zdradziłby jego ciągłą obecność w moim życiu. Bo Sławek czasami się pojawia, a czasami znika. To dlatego na tym obrazku nie ma nigdy nawet jego cienia.

Dziś także jest tak pseudopozytywnie.

czwartek, 27 grudnia 2007
13:44:03

(9) || Skomentuj.




{sto dwadzieścia cztery}


- Nie ma po co biadolić, Gabriela sama sobie poradzi.
Jak dobrze, że mama to powiedziała. Teraz wszyscy powinni zamknąć gęby i niczego nie komentować.

Jeszcze nigdy nie czułam takiego strasznego lęku przed dorastaniem. Nawet głupie, niezobowiązujące pytania o to, jak nazwę mojego synka, powodują natychmiastowe pogorszenie nastroju. Nie chcę myśleć o przyszłości, ja chcę przytulić się do maminej spódnicy i być znowu maleńką dziewczynką.

Nie zmuszajcie mnie do podejmowania tylu trudnych decyzji.

wtorek, 25 grudnia 2007
18:21:39

(5) || Skomentuj.




{sto dwadzieścia trzy}


Były zaskoczone spojrzenia, były pytania: A kiedy poród? i Syn czy córeczka?. Było grzeczne odpowiadanie i wyjaśnianie, jak to teraz między mną a Sławkiem jest. Było mizianie po brzuszku, "rozmawianie" z Piotrusiem i zapewnianie, że wszystko będzie dobrze, a nawet jeśli na początku nie będzie, to wszyscy pomogą i na pewno się polepszy.
Gówno prawda. Nikt mojego dziecka nie wychowa, nikt za mnie mojego syna nie urodzi. Ale to jeszcze nie koniec świątecznej dobroci dla zbłąkanej Gabrysi W., córki marnotrawnej. Jutro dopiero ciotki, kuzynki, wujenki i stryjenki zapłaczą nad rzeczoną Gabrysią W., podczas rodzinnej Wigilii. Dzień dzisiejszy to tylko namiastka, przedbieg wręcz tego, co wydarzy się jutro. Zapowiada się naprawdę wyśmienita zabawa!

niedziela, 23 grudnia 2007
23:42:31

(6) || Skomentuj.




{sto dwadzieścia dwa}


W poniedziałek czeka mnie chyba największy test odwagi. Spojrzeć w oczy rodzinie, będąc jej czarną owcą, zakałą, skazą, wstydem i w ogóle wszystkim co najgorsze, jest niebywale trudno.

Jutro rano z Krymu przyjeżdża siostra mojego taty ze swoją rodziną. To właśnie u niej spędziłam wakacje. To właśnie na Krymie odkryłam, że jestem w ciąży. Wujek Kola, trzynastoletnia Ania, ośmioletni Karol i ciocia Marta dowiedzą się o tym jutro. A raczej to zobaczą. Na wyjaśnienia czas przyjdzie później.

sobota, 22 grudnia 2007
21:06:44

(5) || Skomentuj.




{sto dwadzieścia jeden}


Czuję się trochę tak, jakbym wyprawiła się na biegun północny, nie zabrawszy ze sobą ani czapki, ani szalika, ani też ciepłych rękawic.

Zaczynam powoli dojrzewać do pewnych spraw i zachowań. Sama zafundowałam sobie przyspieszony kurs dorastania, więc teraz muszę iść z mocno zaciśniętymi zębami dalej, bez marudzenia.

Dam radę. Jeszcze to wszystkim udowodnię!

czwartek, 20 grudnia 2007
22:53:26

(17) || Skomentuj.




{sto dwadzieścia}


Sparaliżował mnie strach. Do narodzin mojego synka pozostało 103 dni. Słownie: sto trzy dni. A tutaj nic nie jest dla niego jeszcze gotowe! Żadnych ubranek, żadnych smoczków, becików, bucików, butelek, grzechotek... Jestem wyrodną matką, martwię się tylko o siebie.

Potem
Rozmawiałam z mamą. Zaraz po świętach jedziemy po wyprawkę dla mojego Piotrusia.

czwartek, 20 grudnia 2007
13:57:40

(12) || Skomentuj.




{sto dziewiętnaście}


Polonez nie wymaga, na całe szczęście, jakiegoś specjalnego wygimnastykowania. Wszystko poszło zgodnie z planem.

I choć może to wydać się głupie albo śmieszne, rozmawiam sobie z moim Piotrusiem. Tłumaczę mu wiele rzeczy, opowiadam, jak świetnie nam będzie, gdy w końcu się urodzi... Teraz już wiem, że ja po prostu tęsknię. Ale jak można tęsknić za kimś, kogo się nie zna? Nie wiem...

środa, 19 grudnia 2007
12:16:58

(16) || Skomentuj.




{sto osiemnaście}


Oficjalnie się zgodziłam. Jutro więc udaję się wspólnie z Kamilem na pierwszą próbę poloneza. Zobaczymy czy pozostało we mnie jeszcze coś z delikatnego motyla. Wątpię jednak. Wieloryby nie potrafią raczej wykrzesać z siebie ani odrobiny wdzięku. A ja jestem właśnie takowym wielorybem o ograniczonych możliwościach ruchowo-tanecznych.

Może to głupie, lecz zdarza mi się czasami odczuwać niby-tęsknotę za moim nienarodzonym synkiem. Ot, takie niesprecyzowane bliżej uczucie, nawiedzające mnie nie wiadomo dlaczego późnym wieczorem, gdy tak bardzo brakuje mi czyjegoś ciepłego słowa, dotyku albo chociaż czyjejś niewymuszonej obowiązkiem obecności...



wtorek, 18 grudnia 2007
19:20:05

(8) || Skomentuj.




{sto siedemnaście}


Lekarz nie miał nic przeciwko.

A idź Gabrysiu na tę studniówkę. Tylko nie spożywaj żadnego alkoholu. Nie ma także mowy o żadnych butach na wysokim obcasie i tańczeniu do utraty tchu. Przyda ci się chyba ta studniówka. Zamiast płakać nad własnymi problemami, zaśmiejesz się nad przyjemniejszymi rzeczami.

Sporo w tym prawdy. Aczkolwiek decyzji jeszcze nie podjęłam. Potrzymam Kamila w niepewności, a co!

poniedziałek, 17 grudnia 2007
16:34:09

(19) || Skomentuj.




{sto szesnaście}


Kamil zapytał, czy nie zechciałabym pójść z nim na studniówkę. Problem mam w związku z tym. Bo ani nie posiadam odpowiedniej kreacji, ani nie mam na takową imprezę ochoty...
Mój wygląd (czyt. rozmiar mojego brzucha) także pozostawi w styczniu wiele do życzenia. Trzy miesiące przed porodem na pewno nie będę wyglądała smukło.
Dylemat na miarę Platona, ot co.

A Kamil jest nieodwołalnie mój bez względu na to, kto zatańczy u jego boku poloneza na tej piekielnie niefortunnej studniówce...


Potem
Zastanawiam się nadal... Kurde!

sobota, 15 grudnia 2007
19:21:19

(20) || Skomentuj.




{sto piętnaście}


Dorota przyrzekła, że skopie mnie przy najbliższej nadarzającej się okazji, jeśli natychmiast nie uspokoję się, nie przestanę ryczeć i się nad sobą użalać. Dzwoniła wczoraj wieczorem.

- Płacz i zgrzytanie zębów nic nie da, bo Mały się i tak urodzi. No po co beczysz, głupia? Podnieś tyłek i zacznij coś w końcu robić. Gaba... Ty dzieciaku... Ja serdecznie współczuję Filipowi takiej matki jak Ty... Naprawdę...

Czasami potrzebne są takie, na pozór nic nie znaczące, telefony. W przeciwieństwie do pustych słów wyrzucanych gdzieś w przestrzeń podczas nieszczerej rozmowy, takie telefony potrafią zdziałać cuda.
Dziś jest już o niebo lepiej.

sobota, 15 grudnia 2007
07:05:23

(17) || Skomentuj.




{sto czternaście)


Zaciskanie oczu nic nie daje. Zatykanie uszu, chowanie głowy pod kołdrę i płakanie w poduszkę również nic.

Gabi, sama naważyłaś piwa, więc sama je też wypij.
Łatwo powiedzieć - ja nie potrafię się w sobie zebrać, spiąć, zmobilizować. Prościej jest leżeć na łóżku i zalewać się słonymi łzami.
Niech mnie ktoś porządnie kopnie w tyłek!

piątek, 14 grudnia 2007
14:59:16

(10) || Skomentuj.




{sto trzynaście}


Nie-mogę-siedzieć-w-domu
bo-w-domu-nachodzą-mnie-głupie-myśli.

Wracają do mnie, niczym bumerang, wakacyjne wspomnienia. Włażą mi bez pytania do głowy i mają gdzieś moje zdanie. Śmieją się szyderczo, kopią i plują na moje marzenia. Nie potrafię nad nimi zupełnie zapanować. A co będzie, gdy pojawi się to dziecko, którego nikt nie chciał? Bo ja wcale go nie chciałam.

Lepiej, żeby Ciebie nie było, Mały. Idź sobie i zostaw nas w spokoju.

czwartek, 13 grudnia 2007
09:57:51

(16) || Skomentuj.




{sto dwanaście}


Spadanie ze schodów jest nieprzyjemne. Całe szczęście, że udało mi się zjechać na plecach i ochronić mój, już monstrualnych rozmiarów, brzuch przed poturbowaniem. Śpieszenie się nie popłaca.

No, łajzowata Gabrysiu, teraz to sobie polepszyłaś. Tydzień przymusowego zwolnienia ze szkoły i leżenie z obolałymi plecami w domu. Tego właśnie chciałaś, prawda niezdaro?

wtorek, 11 grudnia 2007
18:21:35

(25) || Skomentuj.




{sto jedenaście}


Dorota i Kamil nagadali mojej mamie jakichś bzdur o zbawiennym działaniu warzyw, owoców i ryb na rozwój nienarodzonego dziecka.

- Jutro zrobię ci rybę po grecku, Gaba. Marchew jest zdrowa i dobrze wpłynie na dziecko - powiedziała mama. - A dziś na kolację dostaniesz sałatkę ze świeżych owoców.

Nie ma to jak doświadczona przyjaciółka i przewrażliwiony chłopak. Doprawdy!

poniedziałek, 10 grudnia 2007
18:37:32

(13) || Skomentuj.




{sto dziesięć}


Mało oryginalnie zauważę, że do Wigilii pozostało jeszcze 14 dni, a całe miasto pogrążyło się już jakiś tydzień temu w szale przedświątecznych zakupów, ubierania miejskich choinek i wieszania światełek na drzewach w centrum. Nie lubię tego. Święta są świętami i czymś więcej niż cielesną uciechą, wywołaną drogimi prezentami i robieniem wszystkiego na pokaz.

Marzę o przespaniu tego całego cyrku.

poniedziałek, 10 grudnia 2007
12:35:51

(15) || Skomentuj.




{sto dziewięć}


Ze skrajności w skrajność: wczoraj ubolewałam nad stratą dodatkowej matematyki, dziś z tegoż powodu tonę w szczęściu. Nawiedził mnie bowiem pomysł doskonały: Kamil będzie pomagał mi w matematyce, jest w końcu wyśmienitym matematykiem!

I będziemy widywać się częściej.

sobota, 8 grudnia 2007
19:22:49

(13) || Skomentuj.




{sto osiem}


Koniec dodatkowych matematyk. Z bólem serca zrezygnowałam z korepetycji. Nie mogę być alfą i omegą. Życie w ciągłym biegu nikomu jeszcze nie wyszło na dobre, a mi może wręcz zaszkodzić.

Czasami trzeba wybrać między ważnym a ważniejszym.

Szkoła jest lekarstwem na głupie i niepotrzebne myśli. Zabiła dziś we mnie nawet chęć do narzekania.

piątek, 7 grudnia 2007
17:05:01

(32) || Skomentuj.




{sto siedem}


- Gabrysiu, wracaj do szkoły. Nie mogę słuchać już twojego jęczenia!

Nie czekam więc do poniedziałku i do szkoły wracam już jutro. Cieszę się niezmiernie z tegoż powodu. Nie przeszkadza mi nawet nadzwyczajna aktywność mojego małego Maciusia vel Piotrusia i niezadowolenie mamy.

Chyba zaczynam wierzyć w Świętego Mikołaja. :-)


Chwilę potem.
Zapomniałabym... Narodziny mojego synka po raz kolejny zostały przesunięte. Tym razem na 1 kwietnia 2008 roku. Czyżby Maciuś vel Piotruś miał być tylko żartem primaaprilisowym? Nie sądzę...

czwartek, 6 grudnia 2007
16:22:15

(14) || Skomentuj.




{sto sześć}


Jestem zmęczona i chce mi się płakać, choć zwyczajnie nie mam ku temu powodu. Dzień ciągnie się jak guma do żucia. Przytłacza mnie jutrzejsza wizyta u lekarza. Nie muszę nawet tam iść, wiem przecież, co usłyszę:
Nie możesz chodzić jeszcze do szkoły. Odpoczywaj.

Proszenie i błaganie też nic nie daje. Wszyscy są zdania, że chodzenie do szkoły jest dla mnie niebezpieczne.

środa, 5 grudnia 2007
16:18:19

(26) || Skomentuj.




{sto pięć}


Czas, który przymusowo spędzam w domu, dłuży mi się niemiłosiernie. Chcę się uczyć, pisać sprawdziany i udzielać wyczerpujących, błyskotliwych odpowiedzi. Dlaczego mama ani lekarz nie próbują mnie nawet zrozumieć?

Mama: Gaba! Twoja ciąża jest zagrożona! Leż i ani waż mi się wstawać. O szkole pomyślimy potem.
Lekarz: Absolutnie nie możesz się stresować. Do szkoły wrócisz, gdy wszystko się unormuje.

Ale szkoła to dla mnie czysta przyjemność! Naprawdę! A już myślałam, że ciąża to nie choroba...


Ja potem nie zdążę. Muszę teraz. Przecież później świat będzie wyglądał inaczej. Bo będzie Mały, bo będą pieluchy, bo będzie łóżeczko i butelki z mlekiem...

środa, 5 grudnia 2007
08:55:22

(15) || Skomentuj.




{sto cztery}


Czy można zwariować na punkcie nienarodzonego jeszcze dziecka? Nie wiem, lecz Sławek wykazuje wszelkie objawy, mogące sugerować takowy stan. Dziś przyszedł do mnie tylko i wyłącznie po to, by zapytać czy nie mam przypadkiem ochoty na pączka. Dziwnym trafem, gdy poczułam zapach lukru i cukru pudru, wionącego z papierowej torebki, nawiedziła mnie nieprzemożona chęć zjedzenia czegoś słodkiego i kalorycznego.
Sławek jest czasami miły i uczynny. Potrafi nawet niekiedy bywać taktownie uprzejmym.

Marzę o cysternie wody mineralnej. Zgaga nie oszczędza mojego przełyku i skopanego przez Piotrusia brzucha.

wtorek, 4 grudnia 2007
19:55:58

(6) || Skomentuj.




{sto trzy}


Wymogłam na mamie, że dziś wyjątkowo pojadę do szkoły muzycznej. Stęskniłam się za skrzypcami, za czarnymi nutami i za nastrojem sali, w której odbywają się zajęcia. Przez półtorej godziny będę skupiała się na czymś innym niż własna osoba: na nieprawidłowo trzymanym smyczku, na nieczystych dźwiękach, na odpowiedniej postawie. Te zajęcia działają na mnie jak chłodny prysznic po długiej i męczącej podróży.

Mam ochotę ponarzekać. Bo boli mnie kręgosłup, bo kręci mi się w głowie, bo chce mi się spać, bo Kamil dziś nie przyjdzie, bo obiad był zimny, bo książka jest nudna, bo jeszcze całe pół godziny do zajęć w szkole muzycznej.

poniedziałek, 3 grudnia 2007
15:26:42

(9) || Skomentuj.




{sto dwa}


Szczęście na ogół trwa krótko.
Moje dzisiejsze szczęście trwało cztery godziny i trzydzieści osiem minut. Ni mniej, ni więcej. Dokładnie tyle czasu trzymałeś mnie za rękę.

Grubieję coraz bardziej.

sobota, 1 grudnia 2007
22:10:04

(7) || Skomentuj.







Jestem Gabrysia, miło mi.
Tutaj znajduje się księga moich gości, a z tego miejsca możesz zabrać mnie ze sobą w daleką, daleką podróż.

2007
czerwiec (2)
lipiec (15)
sierpien (24)
wrzesień (18)
październik (19)
listopad (23)
grudzień (27)

2008
styczeń (18)
luty (27)
marzec (25)
kwiecień (11)
maj (17)
czerwiec (11)
lipiec (18)
sierpien (6)
wrzesień (9)
październik (9)
listopad (8)
grudzień (2)

2009
styczeń (5)
luty (1)




Szablon produkcji własnej.